O mnie
Hej kochani!
Witam wszystkich serdecznie na mojej stronie.
Mam na imię Mariusz i tak w skrócie chciałbym Wam o sobie opowiedzieć. Z
opinii Moch przyjaciół i rodzeństwa, wynika, że jestem dość ciekawym i
pełnym optymizmu facetem. To skłoniło mnie do założenia tej strony i
podzielenia się z Wami moją historią. Jest ona dość ciekawa więc myślę,
że nikogo nie zanudzę tym co tu napiszę.
No dobrze zacznę od tego, mam 31 lat i młodość powoli zaczyna już
umykać, ale gorące serducho bije wciąż żwawo. Jestem kawalerem, ale to
bardziej chyba z przymusu, bo gdybym był sprawniejszy to pewnie
odnalazłbym tą jedyną. Więc dziewczyny, mały apel, nie traćcie czasu,
czekam na Was!.
Jestem już 12 lat po wypadku w którym doznałem urazu kręgosłupa i
rdzenia a taki wypadek niestety przekreśla pełne korzystanie z życia.
Wierzę, że w przyszłości taki uraz nie będzie wyrokiem. Mnie on odebrał
wiele i solidnie ograniczył, mogę jedynie poruszać głową i ramionami.
Mając 19 lat, człowiek nie myśli dojrzale o życiu, w głowie rodzą się
pomysły pozbawione wyobraźni. Zabawa była zawsze na pierwszym miejscu i
wyścigi w tym kto komu bardziej w czymś zaimponuje.
Był to ostatni dzień maja, piękna pogoda, wraz z przyjaciółmi wybrałem
się nad duży basen. Chociaż to był koniec maja to woda była ciepła,
zupełnie taka jak w upalne lato. Na początku nie miałem ochoty się
kąpać, jakbym już cos przeczuwał. Ale chwile potem byłem już w wodzie.
Zawsze pierwszy jeśli chodzi o pływanie i skakanie. Już w wieku szkolnym
zdobyłem kartę pływacką. Ale to nie miało znaczenia, bo przeznaczenia
nie da się oszukać. Przy wodzie była niewielka plaża, wziąłem duży
rozbieg i chciałem wykonać swój popisowy numer, skok z saldem w
powietrzu. Byłem w tym dobry, wszystko miałem opanowane, ale nie tym
razem. Kiedy byłem w powietrzu czułem, że zrobiłem cos źle, skok i
wybicie się w górę nie było takie jak powinno. Cos zrobiłem źle, ale
było już za późno. To był mój ostatni skok. Pamiętam swoje bezwładnie
zwisające ręce, w głowie panika i niewyobrażalny strach. Pragnąłem
zaczerpnąć choć łyk powietrza, w ostatnim momencie, kiedy już oczy
zachodziły mgłą, życzenie się spełniło. Szybka reakcja przyjaciół
uchroniła mnie od utraty przytomności i zachłyśnięcia się wodą. Byłem
przytomny ale nieświadomy tego w jakim byłem stanie. Nie wiedziałem, że
każdy ruch głowy może pogorszyć mój stan, chciałem żeby koledzy
przenieśli mnie jak najdalej od wody i plaży.
Wszystko działo się tak szybko, trafiłem do szpitala w Turku.
Wystarczyła chwila i całe moje życie stanęło pod wielkim znakiem
zapytania. Nie byłem świadomy tego co to znaczy być sparaliżowanym, nie
móc ruszyć żadną kończyną.
Z szpitala w Turku szybko zostałem przewieziony do ośrodka w Zgierzu.
Tam została przeprowadzona operacja połączenia kręgów na odcinku C3 i C4
specjalną płytką platynową.
Pamiętam tylko przebłyski takie jak dźwięk maszynki do strzyżenia,
która zgoli mi włosy, byłem zdenerwowany z tego powodu. Nie miałem
pojęcia, że lekarze walczą o moje życie i robią to co było niezbędne w
tamtym momencie.
Przez całą noc leżałem na specjalnym wyciągu, który odciążał kręgosłup
do zabiegu. Po operacji chciałem krzyczeć na tych ludzi, myślałem Boże
czego oni chcą, dlaczego mi to robią?!. Jednak nie mogłem wypowiedzieć
nawet słowa, uniemożliwiła mi to rurka tracheotomijna, dzięki której
mogłem oddychać.
Po tygodniu spędzonym w Zgierzu zostałem przewieziony do Konina gdzie
przebywałem na oddziale intensywnej opieki medycznej. Tam przez pięć
tygodni walczyłem o życie, to były dni pełne koszmaru i bólu. Zapalenie
płuc, wysoka temperatura, odleżyny, sonda w nosie, odsysanie i
przekręcanie na boki.
Dużo by wymieniać robili zemną co chcieli a ja nawet nie mogłem zaprotestować.
Dobrze ze miałem przy sobie rodziców w szczególności tatę, mama miała na
dniach urodzić brata tak upragnionego przeze mnie .Widząc ich czułem
się lepiej, wiedziałem, że ktoś mnie rozumie. Rodzice to właśnie oni
byli moją podporą w tym najtrudniejszym czasie. Wystarczyło, że
spojrzeli na mnie, głównie w oczy i wiedzieli czego potrzebuje. W tamtym
czasie oczy odgrywały rolę komunikacji z bliskimi. Nie muszę chyba
nikogo przekonywać, że to było dla mnie i mojej psychiki piekło. Nie
dosyć, że nie mogłem poruszyć żadną z kończyn, to na dodatek nie mogłem
też mówić. Oprócz rodziny nikt mnie nie rozumiał, miałem tyle pytań
których nie mogłem zadać. W moim sercu płonął ogromny pożar, który
trawił mnie wewnętrznie, niczym nie mogłem powstrzymać żywiołu.
Czas płynął tak wolno, po pięciu tygodniach, które dla mnie były
wiecznością nastąpiła poprawa mogłem samodzielnie oddychać!. Po
usunięciu rurki, zaczerpnąłem łyk powietrza, różnił się od tego którym
oddychałem przez rurkę. Był czystszy, przenikał przez moje ciało i
karmił tlenem miejsca które dryfowały w mroku, które traciły nadzieję.
Ten oddech był dla mnie czymś w rodzaju przewodnika. To był pierwszy
impuls optymizmu, odzyskałem cos co uważałem za stracone.
Mój stan zdrowia był oceniony przez lekarzy jako stabilny. Dlatego mogłem już opuścić oddział ratujący życie.
Kiedy sanitariusze przewozili mnie na inny oddział, pożegnałem się z
personelem który uratował mi życie. Powiedziałem dziękuje i to co
usłyszałem było piękne i wzruszające. Cały personel bił mi brawa, nigdy
tego nie zapomnę. Przy tej okazji, chciałbym pozdrowić tych wspaniałych
ludzi. Wyjeżdżałem stamtąd bez świadomości tego co się ze mną dalej
stanie, jak dalej żyć.
Przyszłość nie była już tak kolorowa jak przed wypadkiem. Zaczęła się
tułaczka po szpitalach. Powróciłem do tego w Turku. Rodzicom było
łatwiej się mną opiekować, szpital był blisko naszego rodzinnego domu.
Uczyłem się od nowa mówić, było to bardzo trudne, ale zarazem upragnione
i piękne, wreszcie mogłem się normalnie porozumiewać z rodziną i
przyjaciółmi.
W Turku spędziłem kawał czasu, bo aż 9 miesięcy. Były to cholernie
długie miesiące. Próbowałem pogodzić się ze swoim losem i zaakceptować
siebie takiego jakim jestem po wypadku. Ale to było trudniejsze niż
myślałem. Psychicznie czułem się zdrowym, silnym chłopakiem, który
radził sobie świetnie ze wszystkimi trudnościami. Ale rzeczywistość była
inna, na każdym kroku potrzebowałem pomocy osób trzecich. Sam mogłem
tylko wodzić oczyma po szpitalnych ścianach i sufitach.
Podczas pobytu w szpitalu, los nie był dla mnie łaskawy. Wysoka
gorączka, skoki ciśnienia które doprowadziły do zapaści serca. Lekarze
przekazali rodzinie wstrząsającą wiadomość, powiedzieli, że nie widzą
nadziei dla syna. Ale dla moich bliskich słowa lekarzy były nie do
przyjęcia i ani na chwile nie przestali wierzyć, że mój organizm wygra
ze śmiercią. Ta wiara i siła która biła z ich oczu pomogła, pokonałem
traumatyczne chwile i powoli powróciłem do świata żywych. To przeżycie
było takim impulsem, pomyślałem skoro wyrwałem się z rąk śmierci, to nie
mogę z tego nie skorzystać.
Rehabilitacja i wola życia sprawiły, że mój stan zdrowia był mocno
stabilny. Poza tym miałem ogromne wsparcie ze strony personelu,
starannie się mną opiekowali i nie dali mi odczuć, że jestem kompletnie
bezradny. Ich podejście chroniło mnie przed łatwym wtargnięciem w świat
ciężkiej depresji.
Ze szpitala w Turku zostałem przewieziony do profesjonalnego ośrodka
rehabilitacyjnego w Reptach. To piękny kurort w tarnowskich górach. I
dopiero tu poczułem smak prawdziwej rehabilitacji. Pot spływał ze mnie
strumieniem. Tutaj też dotarło do mnie jak będzie wyglądać moje życie.
Widząc innych młodych ludzi na wózkach, po podobnym urazie jak moim,
złudzenia, że będę chodził prysły. Ale próbowałem zagłuszyć złe myśli i
skupić się na rehabilitacji. I chyba mi się udało, bo po roku w którym
balansowałem na granicy życia wyzwoliłem się z kajdan łóżka i usiadłem
na wózku. Rehabilitacja pozwoliła mi oglądać świat jaki pamiętałem z
przed wypadku. Ściany i sufit pokoju zmieniły kolory, odzyskałem dostęp
do koloru nieba i promieni słońca. To był przełom, nie leżałem już jak
,,kłoda” otrzymałem możliwość patrzenia na wszystko czego mi
tak brakowało. Czułem się dużo lepiej, a zawdzięczałem to
rehabilitacji, ludziom którzy się mną zajmowali i rodzinie która tak
bardzo mnie wspierała. Miałem w sobie dużo wiary i nadziei, że dzięki
takiej pracy jak w Reptach mogę zyskać jeszcze więcej.
Moim kolejnym krokiem był Poznań.
Sześć tygodni ciężkiej pracy w ośrodku rehabilitacyjnym. Było mi trudno,
miałem chwile zwątpienia ale ludzie którzy się mną zajmowali reagowali
w odpowiednich momentach. Nigdy ich nie zapomnę, wspomnienia o nich są
ciepłe i kojące, czasem przywołuję w myślach chwile w których
dostarczali mi energii i nowych sił. Dziękuje im z całego serca.
Wierzyli we mnie bardziej niż ja sam, motywowali. Czułem, że za wszelką
cenę chcą mi pomóc, że nie jestem im obojętny, cieszyli się z postępów
razem ze mną. Lepszej motywacji nie mogłem dostać. Podziwiam ich za
cierpliwość i opanowanie w chwilach w których byłem nerwowy i
niecierpliwy.
Żyłem nadzieją i rehabilitacją. Mijały miesiące, rodzice opiekowali
się mną w domu jak mogli. Kiedy było tylko możliwe jeździłem do
ośrodków rehabilitacyjnych. Ale chociaż bardzo chciałem, to nie mogłem
korzystać zbyt często z pomocy terapeutycznych placówek. Pojawił się
problem, tetraplegia to skomplikowane schorzenie, rehabilitacja jest
niezbędna do życia. W domu nie było warunków by móc optymalnie utrzymać
zakresy ruchowe kończyn. Rodzina robiła co mogła, ale potrzebowałem
fachowej opieki pod kontem rehabilitacji i zdrowia. W ostateczności
wystarczyłby terapeuta rehabilitacji, ale rodzinny budżet nie pozwalał
na taki krok. Wspólnie musieliśmy podjąć bolesną decyzję, zamieszkałem
w Domu Pomocy Społecznej w Kole. Takie rozwiązanie było dla mnie
trudne, ale rozsądek wymusił we mnie ten krok. Głównym powodem była
regularna rehabilitacja, to było najważniejsze. W ośrodku miałem
przebywać pół roku, ale czułem się tam świetnie. Poznałem wielu
przyjaciół na dobre i złe. Postanowiłem zostać tam dłużej, tęskniłem za
domem ale w ośrodku miałem profesjonalną opiekę. Poza tym nasz dom to
pokój i kuchnia, a w nich osiem osób i maleńki brat, więc rozumiecie.
Ale każde święta, czy wakacje spędzałem w swoim domu z rodziną.
W Domu Opieki byłem najmłodszym pensjonariuszem.
Wszystkie jednak święta jak i czas wakacyjny spędziłem w domu z
rodziną. Ośrodek ten zamieszkiwali przede wszystkim starsi, schorowani
ludzie. Byłem tam najmłodszy, dlatego można powiedzieć, że byłem tam
takim rodzynkiem. Ludzie i personel przede wszystkim płci pięknej

który tam pracował tak mocno zaraziłem swoją skromną osobą, że do
dzisiaj utrzymujemy kontakty, gdzie mnie odwiedzają i miło spędzamy
czas. Z pomocą dobrych ludzi którzy tam pracowali i otworzyli mi oczy na
pewne sprawy i o co mogę się ubiegać, udało się załatwić dofinansowanie
z PFRON i pomoc indywidualnych ludzi dla mnie specjalny elektryczny
wózek sterowany broda . Otrzymanie tego wózka zmieniło moje życie o 180
stopni. Mogłem samodzielnie się poruszać za pomocą dżjstyka, który
obsługuję brodą. Wcześniej byłem zdany na kogoś, kto pchał wózek. Wózek
ten sprawił, że stałem się choć trochę samodzielny i sprawny pamiętam ze
nie mogłem się z nim rozstać i nawet po 12 godzinach choć byłem
zmęczony to i tak goniłem siostry po korytarzach

.
Następnym wyzwaniem było dofinansowanie na komputer. Po wielu wysiłkach
papiórkowej pracy rodziny i przyjaciół plan się zrealizował. Początek
był trudny, gdyż samodzielnie nie miałem możliwości obsługi samemu,
urządzenie którym pierwsze obsługiwałem komputer mogłem używać tylko na
wózku a ja wołałem korzystać z wózka gdy na nim siedziałem .Ale dzięki
cierpliwość Panu który uczył mnie podstaw obsługi udało się mi pojąc
wtedy tą trudną sprawę;). Komputer otworzył mi okno na świat dawał dużo
możliwości na przyszłość . Przeżyłem w ośrodku w Kole bardzo dużo miłych
chwil, lecz niestety musiałem sprostać następnej chorobie albo
przeciwnościom losu. Zaatakowała mnie sepsa. Trafiłem do szpitala z
wysoką gorączką, znikomym ciśnieniem i ogólnym wyczerpaniem organizmu.
To był czas w którym ten jeden, jedyny raz poddałem się, nie wierzyłem i
nie chciałem walczyć. Gdyby nie rodzina i lekarze, którzy postawili
mnie na nogi czy byłbym tu i teraz z wami , pocieszał mnie tylko fakt,
że zawsze byli i będą przy mnie najbliżsi, a przede wszystkim rodzina
wtedy już tylko mama bo tato zginął w wypadku trzy lata po moim skoku do
wody co wtedy tez mnie boleśnie doświadczyło .
Cieszę się, że dostałem szansę na dalsze życie. Nie rozumiem ludzi,
którzy mogąc samodzielnie się poruszać, podrapać się po głupim nosie czy
pracować nie widzą sensu życia. Nie wiedzą co tracą, docenia się to
wszystko dopiero jak się to straci i ja myślę ze to doceniam. Uważam, że
dla każdego jest zawsze nadzieja. Nie od nas zależy wiele rzeczy, ale
to my decydujemy o tym co z tym naszym losem zrobimy jak dalej
pokierujemy jak się podniesiemy.
Z mama i 4 siostrami zdecydowałem ze chce i wszyscy chcieli abyśmy
byli razem ,niebyło łatwo ,nie było warunków jak wcześniej wspominałem
ale to również udało się przezwyciężyć i dobudowaliśmy pokój z łazienką
gdzie tu pomógł wójt i gmina i lokalne media czyli Echo Turku oraz
wszyscy którzy przyczynili się do spełnienia tego marzenia aby być z
rodzina po wielu wysiłkach znalazłem się w domu. Mam własny pokój i
przystosowaną do mnie dużą łazienkę, która została dobudowana. Odkąd
wróciłem po tej nieszczęśliwej sepsie zawsze mówiłem o Internecie no i
dopiąłem swego szukałem wszędzie i na wszystkie możliwości i cztery lata
temu w styczniu założyłem Internet radiowy. Początek był trudny, gdyż
tym urządzeniem nie mogłem obsługiwać w łóżku , jednak po nie długim
czasie znalazł się przyrząd dzięki, któremu zacząłem przygodę z
Internetem na komputerze. Na monitorze znajduję się kamerka, która szuka
specjalnej kropki, która znajduję się na moim czole. To było
niesamowite, można powiedzieć, że nie byłem już tylko w czterech
ścianach. Komputer otworzył mi okno na świat otworzył nowe możliwości
takie jak praca .Po trzech miesiącach od zamontowania netu znalazłem i
rozpocząłem prace przez Internet pracuje juz prawie trzy lata jest to
dla mnie wielka satysfakcja no oczywiście mogę zarobić parę groszy,
które w tak dużej rodzinie są bardzo potrzebne
Zawsze mam kogoś pod ręką, gdyż mam pięcioro rodzeństwa. Nie czuję
się nie potrzebny i nie samotny to na pewno nie. Staram się pomagać
swojej rodzinie jak tylko potrafię, chociażbym słowem, uśmiechem i swoją
wolą walki. Wiem, że nie raz jestem nie znośny daję swoim najbliższym
popalić, ale kto nie ma złych dni. Muszę się wam pochwalić udało mi się
skończyć szkołę średnią dzięki Internetowi. Jestem z siebie dumny, nie
wiedziałem, że jestem taki zdolny chłopak;)Nadal pracuję , moim
narzędziem pracy jest oczywiście komputer. Praca polega na wyszukiwaniu
odpowiednich załączników do danego przetargu. Daję mi to wielką
satysfakcje. Siostry śmieją się ze mnie, że taki to ma dobrze leży sobie
nie dojeżdża do pracy i co mi do szczęścia potrzeba chyba tylko
dziewczyny

, jestem myślę szczęśliwy w miarę tego ze jestem tak nie samodzielny , mam zajęcie a przede wszystkim mam kochającą rodzinę.
Moim marzeniem jest być zdrowym utrzymywać stan taki jak do tej pory,
aby się w przyszłości nie łamać i być nadal podpora
rodziny.
Jak pomóc
Nazywam się Mariusz Haraśny. Mam 31 lat i mieszkam w Laskach koło
Turku. Jestem osobą niepełnosprawną z czterokończynowym porażeniem.
Od dnia wypadku, który miał miejsce w 1998 roku do dnia dzisiejszego,
próbowałem jakoś sobie radzić ze wszystkim. Niestety nakłady finansowe
utrzymania swojego zdrowia rosną z każdym dniem. Renta, którą otrzymuję
pokrywa tylko część wydatków na niezbędne leki i środki do życia.
Gdyby nie pomoc rodziny nie dałbym rady przetrwać tylu już trudnych
lat. Dlatego zwracam się do Państwa z prośbą o pomoc w zakupie
niezbędnych dla mnie leków i rzeczy oraz sprzętu.
Staram się żyć pogodnie wbrew temu z jakimi trudnościami muszę się
mierzyć każdego dnia. Państwa pomoc ułatwi mi w zmaganiach z
codziennością i doda nowych sił do życia.
Szanowni Państwo!
W zbieraniu pieniędzy pomaga mi Fundacja Dla Osób z Urazem Rdzenia Kręgowego,
www.fundacja-kregoslup.pl
tu mam założone subkonto:
Bank BPH oddział Gorzów Wlkp.
Nr 17 1060 0076 0000 3200 0138 6238 z dopiskiem: Pomoc dla Mariusza Haraśnego
Pomóc mi można również przekazując 1% z rozliczenia podatkowego. Wystarczy wpisać do deklaracji podatkowej:
Fundacja Dla Osób z Urazem Rdzenia Kręgowego
Nr KRS 0000164927 z adnotacją: pomoc dla Mariusza Haraśnego
Z góry dziękuje za okazaną pomoc. Mariusz Haraśny
Akcja wózek
Zdecydowanie się na prośbę o pomoc nie było łatwą decyzją, zwykłem
sam sobie radzić z przeciwnościami losu. Niestety koszty zakupu wózka i
jego przeróbki przerastają moje możliwości finansowe stąd taka decyzja.
Niestety stan wózka pogarsza się z roku na rok elektronika i silniki
powoli wysiadają. Od 13 lat poruszam się za pomocą specjalistycznego
wózka elektrycznego. Dzięki niemu mogę samodzielnie się przemieszczać po
domu i na zewnątrz. Ten wózek jest dla mnie bezcenny i najbardziej boję
się dnia, w którym odmówi mi posłuszeństwa, bardzo często się psuje.
Moje życie jest niełatwym wyzwaniem, ale chcę mu sprostać, na tyle
ile będę mógł. Dla samego patrzenia na świat, bycia w nim i dla uśmiechu
mamy, rodzeństwa pragnę żyć i dotrzeć do własnej przystani, którą
wyznaczył mi los.
Wózek, którego potrzebuje musi mieć zainstalowane sterowanie za
pomocą brody, bo tylko w ten sposób mogę radzić sobie samodzielnie.
Wózek przeznaczony dla mnie to dla innych równowartość dobrego
samochodu, więc nie miałem wyjścia jak zwrócić się do Państwa z prośbą o
pomoc mi w tym wielkim jak dla mnie przedsięwzięciu. Wózek jest dla
mnie czymś więcej niż zwykłym sprzętem, daje mi komfort w
przemieszczaniu się i możliwości bycia i uczestniczenia w życiu
codziennym wśród rodziny przyjaciół całego otoczenia a nie tylko cztery
ściany mojego pokoju i łóżko.
Do tej pory z dzięki przekazaniu 1% podatku i stronie
http://www.siepomaga.pl/f/fundacja-kregoslup/c/366
oraz darowiznom udało mi się uzbierać razem ponad 5 tysięcy złotych.
Jest to dla mnie ogromna suma, za którą chciałbym wszystkim ludziom
dobrej woli podziękować.
By osiągnąć cel nadal potrzebuje Państwa wsparcia i pomocy w
uzbieraniu potrzebnej sumy na zakup wózka, by mój wysłużony wózek mógł
odejść na zasłużoną emeryturę.
Jeszcze raz chciałbym gorąco podziękować za dotychczasową pomoc i wrażliwość.
DZIĘKUJE
Wózek w rzeczywistości na filmiku
Kontakt
Napisz do mnie.
Każdy kontakt sprawia mi radość . Jeżeli tylko zdrowie pozwoli postaram się odpisać na każdą wiadomość. ;)
Mariusz Haraśny
nr. gg 278342